Dzisiaj już finał
Bez pań i bez
Polaków
Harutiun
Arzumanian (Armenia), Marko Ivanović
(Czechy), Aleksandar Markowić
(Serbia), Modestas Pitrenas (Litwa),
Wsiewołod Połonski (Rosja) i Chol-Ung Ri (Korea Północna) grają dziś
w finale VII Międzynarodowego Konkursu Dyrygentów im. Grzegorza Fitelberga w
Katowicach.
Z dwunastu uczestników II etapu finałową
szóstkę wyłoniło jury w pełnym już składzie: Tadeusz Strugała (przewodniczący), Mirosław Jacek Błaszczyk, Juozas
Domarkas (Litwa), Jan Wincenty Hawel,
Chikara Imamura (Japonia), Jerzy Katlewicz, Pyoung Yong Lim (Korea Płd.), David
Lloyd-Jones (Wielka Brytania), Marek
Pijarowski, Jerzy Salwarowski, Otakar Trhlik (Czechy), i Michael Zilm (Niemcy). Sekretarzem jury
jest prof. Leon Markiewicz —
dyrektor konkursu i współorganizującej go (wraz z Filharmonią Śląską),
konkursowej Fundacji Muzycznej.
Program finału przewiduje wykonanie
przez uczestników dwóch dzieł klasyki XX wieku, w tym jednego polskiego. Z
regulaminem przewidzianej listy uczestnicy wybrali wcześniej po trzy tytuły z
dwu grup. Konkretne utwory wylosują pół godziny przed występem. Naprzedstawienie
każdego z nich dyrygenci mają nie więcej, niż 25 minut.
Oto kolejność dzisiejszych,
finałowych występów:
9.30 - 10.20
Aleksandar Markowić (Serbia)
10.25 - 11.15 Modestas Pitrenas (Litwa)
przerwa
11.45 - 12.35 Wsiewołod
Połonski (Rosja)
16.00 - 16.50 Chol-Ung
Ri (Korea Północna)
16.55 - 17.45 Harutiun
Arzumanian (Armenia)
przerwa
18.15 - 19.05 Marko
Ivanowić (Czechy)
Ogłoszenie wyników konkursu nastąpi
w hotelu „Monopol” późnym wieczorem.
Na ostatnią konferencję prasową
organizatorzy zapraszają dziennikarzy do hotelu „Monopol” w sobotę, 13 grudnia
o godz.10.
Koncert laureatów w Filharmonii Śląskiej
odbędzie się w niedzielę, 14 grudnia
o godz. 19.
Taki
był krok drugi
Słuchaliśmy aż trzykrotnie III Symfonii
F-dur op. 90 J. Brahmsa i VII Symfonii d-moll op. 70 A. Dvořaka. Zbędnie przed
konkursem orkiestra ćwiczyła „Romantyczną” A. Brucknera oraz „Stanisława i Annę
Oświecimów” M. Karłowicza.
Z drugiej grupy utworów II etapu nikt z
dwunastki jego uczestników nie zadeklarował wykonania polskich koncertów
skrzypcowych. Wśród dwóch zgłoszeń był koncert h-moll C. Saint-Saënsa, ale nikt
go nie wylosował. Ostatecznie nie wystąpili w konkursie skrzypkowie Maria Lelek, Adam Mikrus i Mirosław
Nowosad a pozostała trójka wystąpiła po cztery razy. Patrycja Piekutowska w koncercie D-dur J. Brahmsa, Szymon Krzeszowiec w D-dur P.
Czajkowskiego i Adam Wagner w D-dur
L. van Beethovena.
W drugim etapie muzykę wyłącznie jednego
kompozytora kreowali Darrell Ang z
Singapuru i Rosjanin Wsiewołod Połonski (J.
Brahms) oraz Polak Wojciech Rodek
(P. Czajkowski).
Nie wiemy, w których etapach (pierwszym
czy drugim) poszczególni uczestnicy więcej zdobyli punktów dla wejścia do
finału, zatem z absolutnym uśmiechem i dla żartu możemy stwierdzić, że najwięcej
do finału wprowadzili Johannes Brahms i Patrycja Piekutowska — z czwórki uczestników
z którymi skrzypaczka zagrała koncert Brahmsa weszło do finału trzech. Drugie
miejsce w tym rankingu zajmuje Szymon Krzeszowiec a trzecie Adam Wagner.
Patrycja Piekutowska w roli solistki
podczas dyrygenckiego konkursu już występowała, Szymon Krzeszowiec w niej
zadebiutował. Adam Wagner jako członek konkursowej orkiestry zaliczył już
czwarty konkurs, od 12 lat występuje w nim też jako solista. Powiedzieli nam:
Patrycja
Piekutowska
— Dużo
na kilkunastominutowy występ nie da się uzgodnić. W koncercie Brahmsa tych
ustaleń nie potrzeba wiele. Utwór napisany jest w jasny i przejrzysty sposób,
Wystarczy, że wskażę gdzie gram zwolnienia, gdzie są rubata. Moim zdaniem, na
tym głównie polega ten etap, że nie powinno być za dużo ustaleń. Dla mnie to
też ryzyko, nie znam dyrygenta, nie mieliśmy żadnej próby a cały cymes polega
na tym, że dyrygent musi pokazać swoją klasę m. in. demonstrując jak słucha
solisty.
Najlepiej
grało mi się z Darrellem Angem z Singapuru. Dzień wcześniej musiałam
zatrzymywać bieg frazy, poczekać albo przyspieszać. Usłyszałam nawet uwagę od
dyrygenta dlaczego czekam. Uważam, że w tej roli, jaką przyznano nam na
konkursie dyrygentów, solista nie może egoistycznie, niczym czołg przeć do
przodu, by zrealizować własną wizję utworu. Chodzi o wspólny efekt.
Nie
znam się na szkołach dyrygenckich, dla mnie najważniejsze jest bym czuła się na
estradzie komfortowo. Tego poczucia najwięcej dał mi dyrygent z Singapuru, ale
gdybym miała jeszcze próby, na pewno bardzo chętnie zagrałabym z Rosjaninem,
Wsiewołodem Połonskim. To bardzo zdolny człowiek, trochę tylko był stremowany.
Z Darrellem Angem było „bez pytań”, świetnie odnaleźliśmy wspólny język
muzyczny.
Szymon
Krzeszowiec
— Wszystkie
trzy pozycje wylosowane w II etapie są na tyle znane przez dyrygentów i nas,
solistów, że każdy wie, gdzie są te miejsca, w których trzeba uważać, dogadać
się (np.: czy pan tu przyspiesza, czy zwalnia?). „Moja czwórka” zwracała uwagę
dokładnie na te same momenty. Pewnie następnych czterech też pytałoby o te same
miejsca. Być może mieli okazję tym koncertem dyrygować a znają go też zapewne z
wielu płyt. Istnieje około 70 nagrań koncertu Czajkowskiego na CD. Kompozytor
zapisał wszystko w nutach, ale pole dla interpretacji jest ogromne. Przed
występem trzeba się na nią umówić.
Wszyscy
starali się podążać za moją interpretacją. Żaden z czwórki mi nie przeszkadzał.
To już jest dużo. Nie wszyscy odgadywali moje intencje. Dwójka z nich — bez
pudła, zdecydowanie spisała się „na medal”. A nie jestem łatwym partnerem. Trudnością
we wzajemnych kontaktach jest to, że gram z zamkniętymi oczami. Na konkursie
starałem się unikać tego, ale był partner, z którym graliśmy „bezwzrokowo” i…
bez pudła. Nie ułatwiałem Japończykowi Tekeshiemu Ooi, ale on panował nad tym
bardzo dobrze. Wielką przyjemność miałem zaś w graniu z Czechem, Marko
Ivanoviciem.
Adam
Wagner
— Będąc
muzykiem konkursowej orkiestry, jako solista wiem, gdzie orkiestra oczekuje
wyraźniejszego gestu dyrygenta, wiem jakie są jej bolączki, w jakich momentach
mogą trafić się spóźnienia, gdzie tempo siada, gdzie są problemy typu skrzypek
— kotły, które są 15 metrów dalej. Takimi spostrzeżeniami mogę podzielić się z
dyrygentem.
Jednemu
zagrałem przed występem bardzo dużo, odnotował sobie sporo uwag i spostrzeżeń.
Chyba jednak nie do końca miał świadomość tego co ma wygrać skrzypek. Trafiały
się więc poważne zawahania i w efekcie spóźnienia. Najlepiej grało mi się z
Litwinem, Modestasem Pitrenasem. Nie miałem żadnych problemów jeśli chodzi o
muzyczną narrację — mogłem grać koncert Beethovena a on „podkładał” mi
akompaniament. Świetnie wiedział o co chodzi w tym koncercie. Z nim ponownie
mógłbym zagrać, choćby już jutro.
Zebrał
MAREK SKOCZA
Solidna klasa średnia
Na pytanie o ogólne wrażenie po II etapie zwycięzca
III Konkursu w 1987 roku i juror obecnego konkursu Michael Zilm odpowiedział:
- Dla mnie to
był pierwszy etap (przypominamy, że Michael Zilm dołączył do grona jurorów
dopiero w II etapie). Ogólnie można
powiedzieć o uczestnikach, że reprezentują solidną klasę średnią. Ale
wyróżniających się indywidualności jeszcze nie zauważyłem.
- Kiedy był Pan poprzednim razem w Katowicach?
- Jakieś dwa,
trzy lata temu?
- I bardzo się zmieniły od tego czasu, a właściwie
od 1987 roku, kiedy wygrał Pan III Konkurs?
- Na starą
substancję urbanistyczną nałożyła się warstwa kolorowej reklamy - to oczywiste.
Na pewno jest więcej restauracji i można więcej towarów kupić w sklepach, ale z
drugiej strony nie uważam, że są to rzeczy najważniejsze. W kapitalizmie zbyt
dużą wagę przywiązuje się do spraw gospodarczo-finansowych i chyba dlatego nie
uważam kapitalizmu za najlepszy sposób na życie.
Z pewnością
poprawiła się jakość powietrza, ale odwrotną stronę tego medalu stanowi fakt,
że wielu ludzi nie ma pracy.
Zdwojona koncentracja
orkiestry
Mirosław Jacek
Błaszczyk,
juror, laureat IV Konkursu w 1991 r., dyrektor artystyczny Filharmonii
Śląskiej:
- Obserwując codzienne przed- i popołudniowe
przesłuchania. współczuje Pan muzykom „swojej” orkiestry, czy też odwrotnie -
myśli Pan po cichu „Dobrze im tak”?
- Tak z
pewnością nie myślę. To ogromna praca. Zwłaszcza, że ze strony młodych
dyrygentów jest bardzo mało konkretnych uwag. Te, które już padają, jakby nie
odzwierciedlają tego, co ci dyrygenci chcieliby przekazać. Można powiedzieć, że
głównie dbają o sprawy dynamiczne. Jak gdyby w tych symfoniach nie działo się
nic innego, prócz tego, że ma być forte, piano, bądź crescendo. Koncentracja
muzyków jest podczas konkursu właściwie zdwojona - jest to koncentracja
koncertowa a nie koncentracja z prób, na których orkiestra ma zazwyczaj więcej
czasu. Może nawet czasami muzycy nie bardzo rozumieją o co konkretnie chodzi
dyrygentowi, ale przecież starają się mu pomóc. Dla nich jest to bardzo ciężka
praca.
- Z wszystkich jurorów Pan zna tę orkiestrę
najlepiej. Czy wyczuwa Pan, że zespół
ma już swojego ulubieńca?
- Ma.
- Jednego?
- Myślę, że
podczas przyznawania swojej nagrody orkiestra będzie rozważać trzy kandydatury.
Rodzi to pewne konsekwencje w przyszłości. Bo mogę w zaprosić laureata I
nagrody i zapewne to uczynię. Ale
laureata nagrody orkiestry muszę zaprosić. A obie nagrody wcale nie muszą się pokrywać.
- Czy cała trójka ulubieńców orkiestry przeszła do
finału?
- Tak, przeszli
wszyscy.
mb
Co miał robić uczestnik II etapu Konkursu im.
Fitelberga, losując konkurs skrzypcowy i symfonię i mając na ich opracowanie
jedyne trzy kwadranse? Cyzelować czy przegrywać? Stawiać na największą ilość
zagranej muzyki czy na najlepszą jej jakość? Każdy z młodych dyrygentów miał na
ten temat swój pogląd. Jury też zapewne miało, jednych przepuszczając w efekcie
do finału, innych zaś nie.
Po co był w repertuarze koncert? Chyba wyłącznie po
to, by sprawdzić, czy dyrygent umie współpracować nie tylko z orkiestrą, ale i
z solistą. Tu trzeba niestety powiedzieć, że gdyby mógł robić, co naprawdę
powinien, to musiałby solistów zapytać: proszę pani (pana), dlaczego pan (pani)
się nie przygotował (przygotowała) do próby? A może ten koncert jest dla pana
(pani) za trudny? To czemu pan (pani) się w ogóle podjął (podjęła) go grać?
Bramy piekieł
No ale cóż. Jedyne, co kandydat mógł z koncertem
zrobić, to przegrać go od początku do końca. Jeśli ktoś, jak Aleksandar Marković, spróbował coś pocyzelować we wstępie do
Brahmsa, jury mu przerwało – poniekąd słusznie, ponieważ niewiele więcej
zdążyłby zrobić.
Więcej pola do popisu było w symfonii. Tu już widz
mógł lepiej się zapoznać z osobowością kandydata. Jedni prowadzili orkiestrę w
sposób niemal autystyczny, inni wchodzili w bliższy kontakt. Jedni postawili na
przegranie całej części, inni – na drobiazgową pracę. Richard Owen Jr. rozpoczynając drugą część symfonii Brahmsa,
pozwolił instrumentom dętym przegrać początkowy chorał i skomentował: „It’s beautiful. Brahms is beautiful!”. Taki
zachwyt mógł w tym momencie więcej dać orkiestrze niż świadomość, że udało się
zdążyć zagrać całą część.
W podobnie bezpośredni kontakt z orkiestrą weszła Anna Jaroszewska: swobodnie,
dynamicznie prowadząc pierwszą część symfonii Francka, używała zwracając się do
zespołu obrazowych określeń: tu otwierają się bramy piekieł, a tu otwiera się
przepiękna kraina. Ten dość prosty przecież język okazał się skuteczny:
orkiestra zmobilizowała się i grała coraz lepiej.
Sprawa sugestywności: czy lepsza jest „siła
spokoju”, jaką zastosowali we współpracy z orkiestrą dyrygenci z Dalekiego
Wschodu, czy też lepiej dawać z siebie wszystko nawet… przysiadając na podium,
jak to przydarzyło się Tomaszowi
Tokarczykowi? Rzecz gustu. W tym ostatnim przypadku rzecz wynikła może ze
zdenerwowania i rozkojarzenia.
Znamy już uczestników finału. Werdykt jest – jak to
zwykle na konkursach bywa – kontrowersyjny. Od razu muszę zaznaczyć: jestem tu
od drugiego etapu, rozumiem więc, że punktacje z obu poprzednich się sumują.
Ale po tym, co widziałam, trochę się dziwię, że w finale znalazło się paru
kandydatów, którzy w sumie niewiele z orkiestrą zrobili, zamiast tych, którzy
„ruszyli” ją rzeczywiście, jak Owen czy Jaroszewska. Myślę jednak, że oboje
wymienieni świetnie sobie poradzą. Zwłaszcza Jaroszewska, która przecież ma
dopiero 23 lata, a dyrygowaniem zajmuje się od lat zaledwie czterech.
Dorota Szwarcman
Spotkanie z Richardem Rodzińskim
Podróż śladami babci
Przesłuchaniom II etapu przysłuchiwał się członek
zarządu Światowej Federacji Międzynarodowych Konkursów Muzycznych, dawniejszy
wiceprezes tej organizacji Richard
Rodziński, syn sławnego dyrygenta Artura Rodzińskiego.
- Czy to Pan
jest tym Rikim, o którym mama - Halina Arturowa Rodzińska pisze w swoich
wspomnieniach, opublikowanych w polskim przekładzie w 1980 r. „Nasze próby
uczenia go polskiego były - jak dotychczas - bezskuteczne, ponieważ częściej
słyszał angielski niż ojczysty język. Prędko jednak zorientował się, że Babcia
porozumiewa się wyłącznie przy pomocy tych dziwnych dźwięków, a ponieważ nie
podstępował jej na krok, z konieczności przyswoił sobie jej mowę.” (chodzi o
drugą połowę lat 40., kiedy urodzony w 1945 r. w Stanach Riki uczył się chodzić
i mówić).
- Dokładnie tak.
- Urodził się
Pan w Stanach i obecnie również Pan tam mieszka...
- Urodziłem się w Nowym Jorku, gdy ojciec kierował
Filharmonią Nowojorską, potem pojechaliśmy do Chicago (lata 1947 - 58), potem
do Ameryki Południowej i następnie do Włoch, gdzie ojciec dyrygował przez
prawie 10 lat. Po jego śmierci, w 1958 roku, wróciłem do Stanów. Teraz mieszkam
w Fort Worth, niedaleko Dallas.
- Czy z
wykształcenia jest Pan również muzykiem?
- Tak, kompozytorem. Wtedy, kiedy uczyłem się
komponować wszyscy byli serialistami i super-dodekafonistami. I to zabiło we
mnie ochotę do pisania. Teraz komponuje się już inaczej. Ba, ale ja w
międzyczasie zająłem się administrowaniem.
- „Za to”
placówek artystycznych...
- Oprócz pracy w Światowej Federacji
Międzynarodowych Konkursów Muzycznych,
jestem prezesem konkursu pianistycznego im. Van Cliburna w Fort Worth w
Teksasie, przez sześć lat byłem dyrektorem administracyjnym opery w San
Francisco, a potem, przez cztery, nowojorskiej Metropolitan.
- Ba!
(przyznam, że w tym momencie trochę mnie zamurowało). Po raz który gości Pan w
Katowicach?
- Pierwszy.
- O!
Przyjechał więc Pan do miasta, z którego Pańska babcia na stałe wyjechała z
kraju. W swoich wspomnieniach mama Pana zanotowała: „4 sierpnia 1946 roku, w
cztery miesiące po spotkaniu z Gromyką, dostaliśmy telegram z Katowic od kuzyna
Artura. Mama Rodzińska przyjechała tam pociągiem ze Lwowa pod opieką
radzieckiej pielęgniarki. Miała jechać do Sztokholmu.”
- Interesujące. Przyznam, że nie skojarzyłem tych
faktów. Rzeczywiście ojciec dyrygował wtedy dorocznym koncertem dla Organizacji
Narodów Zjednoczonych. Gromyko, który był wtedy radzieckim delegatem przy ONZ
przyszedł po koncercie do garderoby taty z gratulacjami i zapytał: Może mógłbym
dla Pana coś zrobić? I ojciec odpowiedział: - Właściwie tak. We Lwowie mam
matkę, którą chciałbym ściągnąć do Stanów...
- Poprzez
mamę jest Pan spokrewniony z Henrykiem
Wieniawskim...
- Tak, ale to trochę skomplikowane. Ojciec matki
mojej matki, czyli mój pradziadek był bratem Henryka Wieniawskiego.
- Co Pan
chciałby jeszcze dodać?
- Bardzo się cieszę, że tu jestem. Orkiestra jest
znakomita, a w konkursie uczestniczy wielu utalentowanych dyrygentów. Wspaniała
jest też sala Waszej Filharmonii. Moim zdaniem takie sale powinny być we
wszystkich miastach. My, w Fort Worth mamy piękną salę, ale - niestety - za
dużą, na 2000 miejsce. Wasza jest optymalna.
- Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał MAREK
BRZEŹNIAK
Niestety, nie przyjedzie do Katowic Marianne Granvig, prezes Światowej
Federacji Konkursów Muzycznych i sekretarz Konkursu Carla A. Nielsena w Odense,
którego inicjatorem był Karol Stryja.
Pani Granvig jest chora i ma wysoką gorączkę, o czym zawiadomiła mailem
Filharmonię Śląską.
„Kibicujący”
ambasador
Ambasador Koreańskiej Republiki
Ludowo-Demokratycznej Pyon Il Kim
nie tylko był obecny na koncercie inaugurującym VII Konkurs im. Fitelberga, ale
przyjechał również na II etap, by „kibicować” swojemu rodakowi, którym jest Chol-Ung Ri.
- Bardzo się
cieszymy, że nasz reprezentant bierze udział w tym konkursie. Jest to jego
pierwszy występ na tego typu międzynarodowej imprezie. Radość nasza jest tym
większa, że dostał się do II etapu - stwierdził Pyon Il Kim bezpośrednio po
środowym przesłuchaniu, podczas spotkania w gabinecie dyr. Grażyny Szymborskiej, która „zdradziła” panu ambasadorowi, że jak
zasłyszała od jurorów, Chol-Ung Ri miał od początku bardzo dobrą opinię.
- Słyszałem,
że austriaccy profesorowie bardzo go lubią - dodał ambasador. -Można nawet powiedzieć, że jest przez nich
kochany.
Chol-Ung Ri, po ukończeniu klas fortepianu i
dyrygentury na Uniwersytecie Muzyki i Tańca w Phenianie jest, od 1999 r.,
studentem Universität für Musik und
darstellende Kunst we Wiedniu.
A swoją drogą chłopak ma szczęście. Wylosował I
Symfonię wiedeńczyka Mahlera, którą w ubiegłym roku dyrygował w Phenianie. Jak
widać po ogłoszeniu wyników II etapu, szczęście nie opuszcza go nadal.
Pyon Il Kim przyjechał na II etap razem ze swoją
córką Unsong Kim, studiującą... w
Polsce
|
Dziennik Dyrygencki ukazuje się
dzięki wsparciu Polskapresse sp. z o.o. Oddział Prasa Śląska - wydawcy
„Dziennika Zachodniego”. Redagują: Marek Brzeźniak i Marek Skocza. Zdjęcia:
Arkadiusz Ławrywianiec. Za pomoc dziękujemy firmie
COM-promis. |

