Nr 5   Katowice 12 grudnia 2003 rok  Filharmonia Śląska



 

Dzisiaj już finał

Bez pań i bez Polaków

 


Harutiun Arzumanian (Armenia), Marko Ivanović (Czechy), Aleksandar Markowić (Serbia), Modestas Pitrenas (Litwa), Wsiewołod Połonski (Rosja) i Chol-Ung Ri (Korea Północna) grają dziś w finale VII Międzynarodowego Konkursu Dyrygentów im. Grzegorza Fitelberga w Katowicach.

 

Z dwunastu uczestników II etapu finałową szóstkę wyłoniło jury w pełnym już składzie: Tadeusz Strugała (przewodniczący), Mirosław Jacek Błaszczyk, Juozas Domarkas (Litwa), Jan Wincenty Hawel, Chikara Imamura (Japonia), Jerzy Katlewicz, Pyoung Yong Lim (Korea Płd.), David Lloyd-Jones (Wielka Brytania), Marek Pijarowski, Jerzy Salwarowski, Otakar Trhlik (Czechy), i Michael Zilm (Niemcy). Sekretarzem jury jest prof. Leon Markiewicz — dyrektor konkursu i współorganizującej go (wraz z Filharmonią Śląską), konkursowej Fundacji Muzycznej.

 

Program finału przewiduje wykonanie przez uczestników dwóch dzieł klasyki XX wieku, w tym jednego polskiego. Z regulaminem przewidzianej listy uczestnicy wybrali wcześniej po trzy tytuły z dwu grup. Konkretne utwory wylosują pół godziny przed występem. Naprzedstawienie każdego z nich dyrygenci mają nie więcej, niż 25 minut.

 

 

Oto kolejność dzisiejszych,

finałowych występów:

 

 9.30 - 10.20 Aleksandar Markowić (Serbia)

10.25 - 11.15 Modestas Pitrenas (Litwa)

przerwa

11.45 - 12.35 Wsiewołod Połonski (Rosja)

 

16.00 - 16.50 Chol-Ung Ri (Korea Północna)

16.55 - 17.45 Harutiun Arzumanian (Armenia)

przerwa

18.15 - 19.05 Marko Ivanowić (Czechy)

 

Ogłoszenie wyników konkursu nastąpi

w hotelu „Monopol” późnym wieczorem.

Na ostatnią konferencję prasową organizatorzy zapraszają dziennikarzy do hotelu „Monopol” w sobotę, 13 grudnia o godz.10.

Koncert laureatów w Filharmonii Śląskiej odbędzie się w niedzielę, 14 grudnia

o godz. 19.

 

 

 

Taki był krok drugi


 

Słuchaliśmy aż trzykrotnie III Symfonii F-dur op. 90 J. Brahmsa i VII Symfonii d-moll op. 70 A. Dvořaka. Zbędnie przed konkursem orkiestra ćwiczyła „Romantyczną” A. Brucknera oraz „Stanisława i Annę Oświecimów” M. Karłowicza.

Z drugiej grupy utworów II etapu nikt z dwunastki jego uczestników nie zadeklarował wykonania polskich koncertów skrzypcowych. Wśród dwóch zgłoszeń był koncert h-moll C. Saint-Saënsa, ale nikt go nie wylosował. Ostatecznie nie wystąpili w konkursie skrzypkowie Maria Lelek, Adam Mikrus i Mirosław Nowosad a pozostała trójka wystąpiła po cztery razy. Patrycja Piekutowska w koncercie D-dur J. Brahmsa, Szymon Krzeszowiec w D-dur P. Czajkowskiego i Adam Wagner w D-dur L. van Beethovena.

W drugim etapie muzykę wyłącznie jednego kompozytora kreowali Darrell Ang z Singapuru i Rosjanin Wsiewołod Połonski (J. Brahms) oraz Polak Wojciech Rodek (P. Czajkowski).

Nie wiemy, w których etapach (pierwszym czy drugim) poszczególni uczestnicy więcej zdobyli punktów dla wejścia do finału, zatem z absolutnym uśmiechem i dla żartu możemy stwierdzić, że najwięcej do finału wprowadzili Johannes Brahms i Patrycja Piekutowska — z czwórki uczestników z którymi skrzypaczka zagrała koncert Brahmsa weszło do finału trzech. Drugie miejsce w tym rankingu zajmuje Szymon Krzeszowiec a trzecie Adam Wagner.

Patrycja Piekutowska w roli solistki podczas dyrygenckiego konkursu już występowała, Szymon Krzeszowiec w niej zadebiutował. Adam Wagner jako członek konkursowej orkiestry zaliczył już czwarty konkurs, od 12 lat występuje w nim też jako solista. Powiedzieli nam:

 

Patrycja Piekutowska

 

Dużo na kilkunastominutowy występ nie da się uzgodnić. W koncercie Brahmsa tych ustaleń nie potrzeba wiele. Utwór napisany jest w jasny i przejrzysty sposób, Wystarczy, że wskażę gdzie gram zwolnienia, gdzie są rubata. Moim zdaniem, na tym głównie polega ten etap, że nie powinno być za dużo ustaleń. Dla mnie to też ryzyko, nie znam dyrygenta, nie mieliśmy żadnej próby a cały cymes polega na tym, że dyrygent musi pokazać swoją klasę m. in. demonstrując jak słucha solisty.

Najlepiej grało mi się z Darrellem Angem z Singapuru. Dzień wcześniej musiałam zatrzymywać bieg frazy, poczekać albo przyspieszać. Usłyszałam nawet uwagę od dyrygenta dlaczego czekam. Uważam, że w tej roli, jaką przyznano nam na konkursie dyrygentów, solista nie może egoistycznie, niczym czołg przeć do przodu, by zrealizować własną wizję utworu. Chodzi o wspólny efekt.

 

Nie znam się na szkołach dyrygenckich, dla mnie najważniejsze jest bym czuła się na estradzie komfortowo. Tego poczucia najwięcej dał mi dyrygent z Singapuru, ale gdybym miała jeszcze próby, na pewno bardzo chętnie zagrałabym z Rosjaninem, Wsiewołodem Połonskim. To bardzo zdolny człowiek, trochę tylko był stremowany. Z Darrellem Angem było „bez pytań”, świetnie odnaleźliśmy wspólny język muzyczny.

 

 

 

Szymon Krzeszowiec

 

Wszystkie trzy pozycje wylosowane w II etapie są na tyle znane przez dyrygentów i nas, solistów, że każdy wie, gdzie są te miejsca, w których trzeba uważać, dogadać się (np.: czy pan tu przyspiesza, czy zwalnia?). „Moja czwórka” zwracała uwagę dokładnie na te same momenty. Pewnie następnych czterech też pytałoby o te same miejsca. Być może mieli okazję tym koncertem dyrygować a znają go też zapewne z wielu płyt. Istnieje około 70 nagrań koncertu Czajkowskiego na CD. Kompozytor zapisał wszystko w nutach, ale pole dla interpretacji jest ogromne. Przed występem trzeba się na nią umówić.

Wszyscy starali się podążać za moją interpretacją. Żaden z czwórki mi nie przeszkadzał. To już jest dużo. Nie wszyscy odgadywali moje intencje. Dwójka z nich — bez pudła, zdecydowanie spisała się „na medal”. A nie jestem łatwym partnerem. Trudnością we wzajemnych kontaktach jest to, że gram z zamkniętymi oczami. Na konkursie starałem się unikać tego, ale był partner, z którym graliśmy „bezwzrokowo” i… bez pudła. Nie ułatwiałem Japończykowi Tekeshiemu Ooi, ale on panował nad tym bardzo dobrze. Wielką przyjemność miałem zaś w graniu z Czechem, Marko Ivanoviciem.

 

Adam Wagner

 

 

 

Będąc muzykiem konkursowej orkiestry, jako solista wiem, gdzie orkiestra oczekuje wyraźniejszego gestu dyrygenta, wiem jakie są jej bolączki, w jakich momentach mogą trafić się spóźnienia, gdzie tempo siada, gdzie są problemy typu skrzypek — kotły, które są 15 metrów dalej. Takimi spostrzeżeniami mogę podzielić się z dyrygentem.

Jednemu zagrałem przed występem bardzo dużo, odnotował sobie sporo uwag i spostrzeżeń. Chyba jednak nie do końca miał świadomość tego co ma wygrać skrzypek. Trafiały się więc poważne zawahania i w efekcie spóźnienia. Najlepiej grało mi się z Litwinem, Modestasem Pitrenasem. Nie miałem żadnych problemów jeśli chodzi o muzyczną narrację — mogłem grać koncert Beethovena a on „podkładał” mi akompaniament. Świetnie wiedział o co chodzi w tym koncercie. Z nim ponownie mógłbym zagrać, choćby już jutro.

 

Zebrał MAREK SKOCZA


 

 

 


Solidna klasa średnia

 

Na pytanie o ogólne wrażenie po II etapie zwycięzca III Konkursu w 1987 roku i juror obecnego konkursu Michael Zilm odpowiedział:

 

- Dla mnie to był pierwszy etap (przypominamy, że Michael Zilm dołączył do grona jurorów dopiero w II etapie). Ogólnie można powiedzieć o uczestnikach, że reprezentują solidną klasę średnią. Ale wyróżniających się indywidualności jeszcze nie zauważyłem.

- Kiedy był Pan poprzednim razem w Katowicach?

- Jakieś dwa, trzy lata temu?

- I bardzo się zmieniły od tego czasu, a właściwie od 1987 roku, kiedy wygrał Pan III Konkurs?

- Na starą substancję urbanistyczną nałożyła się warstwa kolorowej reklamy - to oczywiste. Na pewno jest więcej restauracji i można więcej towarów kupić w sklepach, ale z drugiej strony nie uważam, że są to rzeczy najważniejsze. W kapitalizmie zbyt dużą wagę przywiązuje się do spraw gospodarczo-finansowych i chyba dlatego nie uważam kapitalizmu za najlepszy sposób na życie.

Z pewnością poprawiła się jakość powietrza, ale odwrotną stronę tego medalu stanowi fakt, że wielu ludzi nie ma pracy.

 

Zdwojona koncentracja orkiestry

 

Mirosław Jacek Błaszczyk, juror, laureat IV Konkursu w 1991 r., dyrektor artystyczny Filharmonii Śląskiej:

 

- Obserwując codzienne przed- i popołudniowe przesłuchania. współczuje Pan muzykom „swojej” orkiestry, czy też odwrotnie - myśli Pan po cichu „Dobrze im tak”?

- Tak z pewnością nie myślę. To ogromna praca. Zwłaszcza, że ze strony młodych dyrygentów jest bardzo mało konkretnych uwag. Te, które już padają, jakby nie odzwierciedlają tego, co ci dyrygenci chcieliby przekazać. Można powiedzieć, że głównie dbają o sprawy dynamiczne. Jak gdyby w tych symfoniach nie działo się nic innego, prócz tego, że ma być forte, piano, bądź crescendo. Koncentracja muzyków jest podczas konkursu właściwie zdwojona - jest to koncentracja koncertowa a nie koncentracja z prób, na których orkiestra ma zazwyczaj więcej czasu. Może nawet czasami muzycy nie bardzo rozumieją o co konkretnie chodzi dyrygentowi, ale przecież starają się mu pomóc. Dla nich jest to bardzo ciężka praca.

- Z wszystkich jurorów Pan zna tę orkiestrę najlepiej. Czy wyczuwa Pan,  że zespół ma już swojego ulubieńca?

- Ma.

- Jednego?

- Myślę, że podczas przyznawania swojej nagrody orkiestra będzie rozważać trzy kandydatury. Rodzi to pewne konsekwencje w przyszłości. Bo mogę w zaprosić laureata I nagrody i zapewne  to uczynię. Ale laureata nagrody orkiestry muszę zaprosić. A obie nagrody wcale nie muszą się pokrywać.

- Czy cała trójka ulubieńców orkiestry przeszła do finału?

- Tak, przeszli wszyscy.

mb

 

 

Co miał robić uczestnik II etapu Konkursu im. Fitelberga, losując konkurs skrzypcowy i symfonię i mając na ich opracowanie jedyne trzy kwadranse? Cyzelować czy przegrywać? Stawiać na największą ilość zagranej muzyki czy na najlepszą jej jakość? Każdy z młodych dyrygentów miał na ten temat swój pogląd. Jury też zapewne miało, jednych przepuszczając w efekcie do finału, innych zaś nie.

Po co był w repertuarze koncert? Chyba wyłącznie po to, by sprawdzić, czy dyrygent umie współpracować nie tylko z orkiestrą, ale i z solistą. Tu trzeba niestety powiedzieć, że gdyby mógł robić, co naprawdę powinien, to musiałby solistów zapytać: proszę pani (pana), dlaczego pan (pani) się nie przygotował (przygotowała) do próby? A może ten koncert jest dla pana (pani) za trudny? To czemu pan (pani) się w ogóle podjął (podjęła) go grać?

 

Bramy piekieł

 

No ale cóż. Jedyne, co kandydat mógł z koncertem zrobić, to przegrać go od początku do końca. Jeśli ktoś, jak Aleksandar Marković,  spróbował coś pocyzelować we wstępie do Brahmsa, jury mu przerwało – poniekąd słusznie, ponieważ niewiele więcej zdążyłby zrobić.

Więcej pola do popisu było w symfonii. Tu już widz mógł lepiej się zapoznać z osobowością kandydata. Jedni prowadzili orkiestrę w sposób niemal autystyczny, inni wchodzili w bliższy kontakt. Jedni postawili na przegranie całej części, inni – na drobiazgową pracę. Richard Owen Jr. rozpoczynając drugą część symfonii Brahmsa, pozwolił instrumentom dętym przegrać początkowy chorał i skomentował: „It’s beautiful. Brahms is beautiful!”. Taki zachwyt mógł w tym momencie więcej dać orkiestrze niż świadomość, że udało się zdążyć zagrać całą część.

W podobnie bezpośredni kontakt z orkiestrą weszła Anna Jaroszewska: swobodnie, dynamicznie prowadząc pierwszą część symfonii Francka, używała zwracając się do zespołu obrazowych określeń: tu otwierają się bramy piekieł, a tu otwiera się przepiękna kraina. Ten dość prosty przecież język okazał się skuteczny: orkiestra zmobilizowała się i grała coraz lepiej.

Sprawa sugestywności: czy lepsza jest „siła spokoju”, jaką zastosowali we współpracy z orkiestrą dyrygenci z Dalekiego Wschodu, czy też lepiej dawać z siebie wszystko nawet… przysiadając na podium, jak to przydarzyło się Tomaszowi Tokarczykowi? Rzecz gustu. W tym ostatnim przypadku rzecz wynikła może ze zdenerwowania i rozkojarzenia.

Znamy już uczestników finału. Werdykt jest – jak to zwykle na konkursach bywa – kontrowersyjny. Od razu muszę zaznaczyć: jestem tu od drugiego etapu, rozumiem więc, że punktacje z obu poprzednich się sumują. Ale po tym, co widziałam, trochę się dziwię, że w finale znalazło się paru kandydatów, którzy w sumie niewiele z orkiestrą zrobili, zamiast tych, którzy „ruszyli” ją rzeczywiście, jak Owen czy Jaroszewska. Myślę jednak, że oboje wymienieni świetnie sobie poradzą. Zwłaszcza Jaroszewska, która przecież ma dopiero 23 lata, a dyrygowaniem zajmuje się od lat zaledwie czterech.

 

Dorota Szwarcman


 


Spotkanie z Richardem Rodzińskim

Podróż śladami babci

 


Przesłuchaniom II etapu przysłuchiwał się członek zarządu Światowej Federacji Międzynarodowych Konkursów Muzycznych, dawniejszy wiceprezes tej organizacji  Richard Rodziński, syn sławnego dyrygenta Artura Rodzińskiego.

- Czy to Pan jest tym Rikim, o którym mama - Halina Arturowa Rodzińska pisze w swoich wspomnieniach, opublikowanych w polskim przekładzie w 1980 r. „Nasze próby uczenia go polskiego były - jak dotychczas - bezskuteczne, ponieważ częściej słyszał angielski niż ojczysty język. Prędko jednak zorientował się, że Babcia porozumiewa się wyłącznie przy pomocy tych dziwnych dźwięków, a ponieważ nie podstępował jej na krok, z konieczności przyswoił sobie jej mowę.” (chodzi o drugą połowę lat 40., kiedy urodzony w 1945 r. w Stanach Riki uczył się chodzić i mówić).

- Dokładnie tak.

- Urodził się Pan w Stanach i obecnie również Pan tam mieszka...

- Urodziłem się w Nowym Jorku, gdy ojciec kierował Filharmonią Nowojorską, potem pojechaliśmy do Chicago (lata 1947 - 58), potem do Ameryki Południowej i następnie do Włoch, gdzie ojciec dyrygował przez prawie 10 lat. Po jego śmierci, w 1958 roku, wróciłem do Stanów. Teraz mieszkam w Fort Worth, niedaleko Dallas.

- Czy z wykształcenia jest Pan również muzykiem?

- Tak, kompozytorem. Wtedy, kiedy uczyłem się komponować wszyscy byli serialistami i super-dodekafonistami. I to zabiło we mnie ochotę do pisania. Teraz komponuje się już inaczej. Ba, ale ja w międzyczasie zająłem się administrowaniem.

- „Za to” placówek artystycznych...

- Oprócz pracy w Światowej Federacji Międzynarodowych Konkursów Muzycznych,  jestem prezesem konkursu pianistycznego im. Van Cliburna w Fort Worth w Teksasie, przez sześć lat byłem dyrektorem administracyjnym opery w San Francisco, a potem, przez cztery, nowojorskiej Metropolitan.

- Ba! (przyznam, że w tym momencie trochę mnie zamurowało). Po raz który gości Pan w Katowicach?

- Pierwszy.

- O! Przyjechał więc Pan do miasta, z którego Pańska babcia na stałe wyjechała z kraju. W swoich wspomnieniach mama Pana zanotowała: „4 sierpnia 1946 roku, w cztery miesiące po spotkaniu z Gromyką, dostaliśmy telegram z Katowic od kuzyna Artura. Mama Rodzińska przyjechała tam pociągiem ze Lwowa pod opieką radzieckiej pielęgniarki. Miała jechać do Sztokholmu.”

- Interesujące. Przyznam, że nie skojarzyłem tych faktów. Rzeczywiście ojciec dyrygował wtedy dorocznym koncertem dla Organizacji Narodów Zjednoczonych. Gromyko, który był wtedy radzieckim delegatem przy ONZ przyszedł po koncercie do garderoby taty z gratulacjami i zapytał: Może mógłbym dla Pana coś zrobić? I ojciec odpowiedział: - Właściwie tak. We Lwowie mam matkę, którą chciałbym ściągnąć do Stanów...

- Poprzez mamę  jest Pan spokrewniony z Henrykiem Wieniawskim...

- Tak, ale to trochę skomplikowane. Ojciec matki mojej matki, czyli mój pradziadek był bratem Henryka Wieniawskiego.

- Co Pan chciałby jeszcze dodać?

- Bardzo się cieszę, że tu jestem. Orkiestra jest znakomita, a w konkursie uczestniczy wielu utalentowanych dyrygentów. Wspaniała jest też sala Waszej Filharmonii. Moim zdaniem takie sale powinny być we wszystkich miastach. My, w Fort Worth mamy piękną salę, ale - niestety - za dużą, na 2000 miejsce. Wasza jest optymalna.

- Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał MAREK BRZEŹNIAK

 

Niestety, nie przyjedzie do Katowic Marianne Granvig, prezes Światowej Federacji Konkursów Muzycznych i sekretarz Konkursu Carla A. Nielsena w Odense, którego inicjatorem był Karol Stryja. Pani Granvig jest chora i ma wysoką gorączkę, o czym zawiadomiła mailem Filharmonię Śląską.


 „Kibicujący” ambasador


Ambasador Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Pyon Il Kim nie tylko był obecny na koncercie inaugurującym VII Konkurs im. Fitelberga, ale przyjechał również na II etap, by „kibicować” swojemu rodakowi, którym jest Chol-Ung Ri.

- Bardzo się cieszymy, że nasz reprezentant bierze udział w tym konkursie. Jest to jego pierwszy występ na tego typu międzynarodowej imprezie. Radość nasza jest tym większa, że dostał się do II etapu - stwierdził Pyon Il Kim bezpośrednio po środowym przesłuchaniu, podczas spotkania w gabinecie dyr. Grażyny Szymborskiej, która „zdradziła” panu ambasadorowi, że jak zasłyszała od jurorów, Chol-Ung Ri miał od początku bardzo dobrą opinię.

- Słyszałem, że austriaccy profesorowie bardzo go lubią - dodał ambasador. -Można nawet powiedzieć, że jest przez nich kochany.

Chol-Ung Ri, po ukończeniu klas fortepianu i dyrygentury na Uniwersytecie Muzyki i Tańca w Phenianie jest, od 1999 r., studentem Universität für Musik und darstellende Kunst we Wiedniu.

A swoją drogą chłopak ma szczęście. Wylosował I Symfonię wiedeńczyka Mahlera, którą w ubiegłym roku dyrygował w Phenianie. Jak widać po ogłoszeniu wyników II etapu, szczęście nie opuszcza go nadal.

Pyon Il Kim przyjechał na II etap razem ze swoją córką Unsong Kim, studiującą... w Polsce


POWRÓT

 

Dziennik Dyrygencki ukazuje się dzięki wsparciu Polskapresse sp. z o.o. Oddział Prasa Śląska - wydawcy „Dziennika Zachodniego”. Redagują: Marek Brzeźniak i Marek Skocza. Zdjęcia: Arkadiusz Ławrywianiec.

Za pomoc dziękujemy firmie COM-promis.