Najlepszych jest dwóch
Po wysłuchaniu występów 31 uczestników kolejno w I, II i III
etapach jurorzy: Tadeusz Strugała
(przewodniczący), Juozas Domarkas
(wiceprzewodniczący), Mirosław Jacek
Błaszczyk, Jan Wincenty Hawel, Chikara Imamura, Jerzy Katlewicz, Pyoung Yong
Lim, Dawid Lloyd-Jones, Marek Pijarowski, Jerzy Salwarowski, Otakar
Trhlik
i Michael Zilm podjęli
następujący werdykt:
Złote Medale i dwie równorzędne I nagrody
w wysokości 47.250
zł brutto, ufundowane przez ministra kultury oraz marszałka województwa
śląskiego, otrzymali
ex aequo Aleksandar MARKOVIĆ (Serbia)
i Modestas PITRÉNAS
(Litwa).
Drugiej nagrody nie
przyznano.
Brązowy Medal i III
nagrodę
w wysokości 26.250
zł brutto, ufundowaną przez prezydenta Katowic, otrzymał
Marko IVANOVIĆ (Czechy).
Zdobywcom nagród
przysługuje tytuł laureata VII Międzynarodowego Konkursu Dyrygentów im.
Grzegorza Fitelberga.
I wyróżnienie
w wysokości 21.000
zł brutto, ufundowane przez PKO Bank Polski, otrzymał
Chol-Ung RI (Korea Płn.)
II wyróżnienie
w wysokości 15.750
zł brutto, ufundowane przez Fundację Pracowniczą Pro-Eko, otrzymał
Wsiewołod POŁONSKI (Rosja)
III wyróżnienie
w wysokości 10.500
zł brutto, ufundowane przez Fundację Muzyczną Międzynarodowego Konkursu
Dyrygentów im. G. Fitelberga, zdobył
Harutiun ARZUMANIAN (Armenia).
Nagrodę im. Witolda
Rowickiego
- równowartość 2.500
$ otrzymuje Chol-Ung Ri za najlepsze
wykonanie utworu polskiego - Livre pour orchestre W. Lutosławskiego.
Medal Stowarzyszenia
Polskich Artystów Muzyków
i Nagrodę Stowarzyszenia Autorów ZAiKS
w wysokości 5.000,
zdobył Tomasz Tokarczyk (Polska).
Nagrodę Stowarzyszenia Artystów Wykonawców STOART
w wysokości 4.000 zł
zdobyła Anna Jaroszewska (Polska).
Nagrodę Polskiego Wydawnictwa Muzycznego
- komplet partytur
dzieł współczesnych kompozytorów polskich za najlepszą interpretację utworu
polskiego kompozytora otrzymuje Wsiewołod
Połonski.
Nagrodę Orkiestry Filharmonii Śląskiej
zdobył
Modestas Pitrenas.
Zaproszenia do laureatów skierowały filharmonie: Pomorska,
Krakowska, Wrocławska, Sudecka, Świętokrzyska, Zielonogórska, Kaliska i
Dolnośląska oraz opery Dolnośląska i Bałtycka.
Inni też sięgnęli po
nagrody
W poniedziałek w
Miejskim Domu Kultury "Koszutka" otwarta zostanie pokonkursowa
wystawa pras dzieci w wieku od 5 do 14 lat "Muzyka w plastyce". Do
konkursu nie stawała Opera Śląska, ale dobre zbiera recenzje swej ostatniej
premiery - "Aidy" G. Verdiego. Była przed tygodniem, gdy my
wkraczaliśmy w konkursową rywalizację. Kibicom dyrygentów polecamy więc
poniedziałkową premierę katowicką - gościom wyjaśniamy: Opera Śląska swą
"tymczasową" od powojnia siedzibę ma w Bytomiu, stad biorą się jej
równorzędne dwie premiery, w siedzibie i katowicka
w Teatrze Śląskim - która rozpocznie się o godz. 18.
O laureatach towarzyszącego dyrygenckiemu, konkursowi na
exlibris na łamach "Dziennika Dyrygenckiego" już informowaliśmy.
Winniśmy więc jeszcze jedną informację: rozstrzygnięto konkurs na
muzyczno-dyrygencką witrynę sklepową. Pierwsze miejsce przyznano wystawie Mody
Clubu przy katowickim Rynku a drugie sklepowi firmowemu "Polsrebra"
przy ul. Młyńskiej 5. Na trzecim miejscu znalazły się ex aequo: restauracja
"Patio" z ul. Stawowej 3 oraz księgarnia "Jerzy" i sklep
"Renoma" z ul. 3 Maja 10. Wyróżniono wystawy "Lamy"
(Dyrekcyjna 3),
"B-mola" i "Luksora" (Młyńska 2).
Gratulujemy. I dziękujemy, bo miło przechodzić nie tylko
koło samych Mikołajów.
Rozstajemy się bez burz
Etapowe decyzje jurorów różne zbierały komentarze.
Zaskakujący dwiema pierwszymi nagrodami ostateczny werdykt przyjęto z
całkowitym zrozumieniem. Przynajmniej na konferencji prasowej burzy nie było.
Podczas finałowej
konferencji prasowej laureatów, jurorów i organizatorów VII Międzynarodowego
Konkursu Dyrygentów im. Grzegorza Fitelberga największą uwagę mediów skupili
oczywiście pierwsi. Zorganizowali się wybornie, by nie zawieść dziennikarzy i
przeprowadzić próby przed niedzielnym koncertem laureatów. Usłyszeliśmy sporo
ciekawostek
(patrz wypowiedzi laureatów).
Skupiono uwagę na ocenie poziomu tegorocznego konkursu. - Ocena
nie jest prosta - mówił przewodniczący jury, prof. Tadeusz Strugała - w mojej opinii każdy konkurs jest inny, każdy
jest jednorazowym zjawiskiem, który niepodobna porównywać. Ponadto,
koncentrujemy się na kilku osobach, które konkurs wygrały, a trzeba pamiętać,
że zgłosiło się ponad sto kandydatów z więcej, niż 30 krajów. Zgodnie
z regulaminem wybrać trzeba było jedynie 40. To już swego rodzaju „śmietana”. Katowicki
konkurs swoją atrakcyjnością wabi najlepszych, przybywający tu reprezentują
poziom młodego pokolenia dyrygentów całego świata. Możemy powiedzieć więc, że
nasz konkurs odzwierciedla stan aktualny tej dyscypliny zawodowej
na świecie. Przekonany zaś jestem, że zwycięzcy mogą
z powodzeniem reprezentować nasz konkurs wobec nawet najlepszych
orkiestr na świecie.
Konkurs
katowicki ma jeszcze jedną zaletę: wśród tych, którzy nie doszli do finału
pojawiła się masa jeszcze nie pretendujących do czołowych miejsc ale z wielką
szansą na to w przyszłości. Dostrzegłem takich nawet wśród tych, którzy odpadli
po pierwszym etapie.
Dwie
pierwsze nagrody trafiły w ręce podobnych, czy całkowicie odmiennych
indywidualności? - Podobni są
tylko wzrostem - zażartował jeden z jurorów - Aleksandar
Marković i Modestas Pitrenas są zupełnie innymi dyrygentami, w ogóle do siebie
niepodobnymi.
W konkursach szukamy osobowości i indywidualności. W tym
zdobywcy równorzędnych dwóch pierwszych nagród nad pozostałymi uczestnikami
przeważali.
Świetnie zauważyła to też młodzież z Państwowej
Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II stopnia im. K. Szymanowskiego w
Katowicach, która, jak na konferencji poinformowano, swoją nagrodę i tytuły młodych mistrzów batuty
przyznała - jeszcze przed poznaniem werdyktu jury - Serbowi i Litwinowi.
Podczas konkursu prof. Tadeusz Strugała był w swojej szkole,
potwierdził, iż zauważył, że wśród młodych obserwatorów konkursu wyraźnie
zarysowały się dwie partie: Markovića i Pitrenasa, którzy zresztą zdołali się
zaprzyjaźnić. Jerzy Salwarowski życzył
trwałości tej przyjaźni, na miarę jego relacji z Markiem Pijarowskim, który 30 lat temu wygrał katowicki konkurs
(jeszcze ogólnopolski) a J. Salwarowski
zdobył na nim nagrodę drugą.
Artystyczny szef
konkursu i Filharmonii Śląskiej, Mirosław
Jacek Błaszczyk zebrał wiele komplementów, kierowanych do jego muzyków.
Publicznie filharmonikom raz jeszcze i najserdeczniej za wielki konkursowy
wysiłek i trud podziękował.
Ocenę katowickiego
konkursu z czterech punktów widzenia - dyrektora konkursu, dyrektora jego
Fundacji Muzycznej, członka komitetu organizacyjnego
i sekretarza jury - zarysował prof. Leon Markiewicz. Podkreślił ogromną rolę dyrektor FŚl. Grażyny Szymborskiej w wielkiej
organizacyjnej machinie
a zwłaszcza w działaniach - w latach minionych na taką skalę
nie podejmowanych - marketingowych, czyniących z konkursu wielkie wydarzenie w
życiu nie tylko Katowic. Nie łamiąc obowiązującej sekretarza jury tajemnicy,
przyznał, iż każdy z jurorów oceniał kandydatów według własnego odczucia i
własnej osobowości.
Dyrektor Grażyna
Szymborska i profesor Leon Markiewicz wykorzystali konferencję by publicznie
podziękować swym współpracownikom, którzy nie szczędzili trudu, by konkurs
przebiegł jak najsprawniej
a uczestnicy, goście i słuchacze dobrze czuli się w
Filharmonii Śląskiej i całych Katowicach. Miło nam tym bardziej, że redakcji
„Dziennika Dyrygenckiego” dobre słowo też się dostało.
REDAKCJA
Aleksandar
Marković - Serbia
I
nagroda
- Kiedy postanowił Pan wziąć udział w tym konkursie?
- To jeden z najważniejszych
konkurów dyrygenckich na świecie. I chyba dlatego już jakiś czas temu
zdecydowałem się zarezerwować w swoim kalendarzu tę część 2003 roku na udział w
Konkursie im. Fitelberga. Po tygodniu spędzonym w Katowicach muszę pochwalić
polską gościnność, organizację i bardzo dobrą orkiestrę. Chciałbym podziękować
organizatorom za umożliwienie mi uczestnictwa w tej imprezie.
Mimo, że w Polsce jestem po
raz pierwszy, to jednak wybór profesji dyrygenta, czego konsekwencją stał się
przyjazd na ten konkurs, wiąże się w pewnym stopniu
z Polską. Jakieś 10 lat temu,
kiedy jeszcze nie myślałem o tym zawodzie, byłem na festiwalu w Stanach
Zjednoczonych, na którym pojawił się dyrygent, który bardzo ciekawie prowadził
orkiestrę studencką. Uczestniczyłem we wszystkich jej próbach i chyba właśnie
one zainspirowały mnie do podjęcia studiów dyrygentury. Tym dyrygentem był
Marek Pijarowski.
- Czy drżało Panu serce podczas losowania?
- Należę do ludzi, którzy
zawsze starają się być dobrze przygotowani do zadań, które podejmują. Nie
przyjąłem więc negatywnie kolejnych losowań, nie byłbym też zaskoczony, gdybym
wylosował inne utwory. Jestem również zadowolony z tej części III etapu, w
której regulamin przewiduje wyłącznie utwory polskie. To, jakby wracając do
domu, wywoziło się ze sobą „część kraju”, w którym się uczestniczyło w konkursie. Dokładnie
przestudiowałem partytury współczesnych polskich kompozytorów, aczkolwiek może
nie w całości współczesnych, bo znalazł się tu również Karol Szymanowski.
- Ostatecznie wylosował Pan „Livre pour orchestre” Witolda
Lutosławskiego. Czy już wcześniej dyrygował Pan tym utworem?
- Nie, na konkursie
poprowadziłem go po raz pierwszy.
- Co Pan uważa za swój największy sukces, abstrahując od tego konkursu?
- Pracę z orkiestrą
wiedeńskiego Musikverein.
- Czy ma Pan jakąś „swoją” orkiestrę?
- Nie mam. Na razie jestem
gościnnym dyrygentem
a poza tym pracuję jako
pianista i korepetytor.
- W takim razie chyba chętnie Pan przyjmie polskie oferty, jakie spłynęły
do Pana, jako pokłosie nagrody?
- Chciałbym je móc
zrealizować, przyjeżdżać tu częściej
i uczestniczyć w życiu
kulturalnym Polski. Prestiż tego konkursu jest znaczny, w związku z tym zdobycie
I nagrody będzie chyba miało w moim życiu jakieś konsekwencje.
- A gdyby Panu zaproponowano miejsce szefa którejś z polskich orkiestr?
- Też chętnie przyjmę.
Modestas
Pitrenas, Litwa
I
nagroda
- Co Pan wylosował w III etapie?
- Muzykę na smyczki, trąbki i
perkusję Bacewiczówny. Ogromnie lubię muzykę Szymanowskiego, jednak nie udało
się. Ale sama Grażyna Bacewicz jest mi bliska, ponieważ była siostrą
litewskiego kompozytora Vytautasa Bacevičiusa. Kocham muzykę
współczesną. Nawet, jeżeli dyryguję klasyką, chciałbym, żeby ta muzyka
dźwięczała dla publiczności współcześnie.
Z Litewską Narodową Orkiestrą
Symfoniczną grałem kiedyś koncert Lutosławskiego. Mam nadzieję, że w tym
sezonie będę mógł dyrygować utworami kompozytorów polskich - Szymanowskiego,
Kilara i innych...
- Po wygranej w Katowicach zapewne będzie miał Pan więcej okazji
dyrygować nimi w naszym kraju...
- Mam nadzieję. Sądzę, że I
nagroda w tym konkursie otworzy mi wrota do filharmonii w Polsce.
- Z trójki laureatów głównych nagród jest Pan jedynym, który już ma na
swoim koncie sukcesy na innych konkursach. Czy katowicki konkurs jest dla Pana
najważniejszy?
- Tamte konkursy były
chóralne, a ten jest pierwszym konkursem z orkiestrą symfoniczną.
- Czy ma Pan na Litwie „swoją” orkiestrą?
- Gościnnie dyryguję Litewską
Narodową Orkiestrą Symfoniczną w Wilnie, na czele której stoi mój profesor
Juozas Domarkas. Prowadzę również Młodzieżową Orkiestrę Gimnazjum Muzycznego
im. B. Dvarionasa w Wilnie i współpracuję z operą w Kłajpedzie. Współpracuję
też z Młodzieżową Orkiestrą Północnej Westfalii w Niemczech.
- A jakimi operami Pan dyrygował?
- W Kłajpedzie prowadzę
aktualnie „Carmen” Bizeta i „Operę za
trzy grosze” Weilla.
- Co Pan uważa za największy sukces w swoim życiu zawodowym?
- Udział w wielu konkursach
muzyki i festiwalach muzyki chóralnej, m.in. w Debreczynie, Tallinie i w
Rzymie.
- Co Pan chciałby jeszcze dodać od siebie?
- Pragnąłbym podziękować
katowickiej orkiestrze, bo orkiestra bardzo nam pomagała i w miarę trwania
konkursu podnosiła swój poziom. To są świetni muzycy, którzy pomagają każdemu,
kto dyryguje.
Marko
Ivanović, Czechy
III
nagroda
W losowaniu
jest element ryzyka
- Z którego etapu był Pan najbardziej zadowolony?
- Najlepiej czułem się w I
etapie, w II trochę mniej, a w III najmniej. W pierwszym wylosowałem utwory,
które orkiestra dobrze znała. Po tym doświadczeniu sądziłem, że w II również
nie będę musiał dopracowywać detali, a tymczasem stało się na odwrót. Mimo, że
starałem się przygotować ze wszystkich utworów, są jednak pewne „bliższe
sercu”, a inne „dalsze”.
Nie uważam, abym na konkursie
miał jakieś szczególne szczęście, bo ani razu nie udało mi się wylosować
utworu, który bały dla mnie w danej grupie „najbliższy”. Najtrudniejsza rzecz
przydarzyła mi się w III etapie, w grupie utworów polskich kompozytorów
współczesnych - swoją drogą i tak nie wszystkie partytury dotarły do mnie na
czas. Mimo, że utwory Góreckiego znam dosyć dobrze, jednak nie jego wczesną I
Symfonię, którą wylosowałem. W losowaniu jest pewien element ryzyka, hazardu.
- Jednak doszedł Pan do finału, ba - do ścisłej czołówki...
- Może to zabrzmi zbyt
skromnie, ale ja nie spodziewałem się, że w ogóle przejdę do II etapu - to był
mój pierwszy konkurs. Nagrodą jestem bardzo zaskoczony. Konkurs potraktowałem,
trochę jak warsztaty dyrygenckie - przypatrywałem się pracy moich kolegów z
orkiestrą i wiele się podczas tych obserwacji nauczyłem. Młodzi dyrygenci
takich szans podpatrywania mają niewiele.
- Juror David Loyd-Jones podczas konferencji prasowej zalecił Panu, nie
bez ironii, ostrożność jako człowiekowi leworęcznemu i przywołał przykład, gdy
pewien dyrygent wytrącił lewą ręką smyczek soliście. A inny juror dodał, że w
nadesłanych przez Pana nagraniach video na jednych trzyma Pan batutę w prawej,
a na innych w lewej ręce.
- Jestem leworęczny, ale
podczas studiów cały czas dyrygowałem prawą ręką. Nie myślałem o tym. Dopiero
na V roku studiów, kiedy mój pedagog, profesor Belohlavek postanowił
przeorientować całą technikę, wspólnie zdecydowaliśmy, że skoro moja lewa ręka
jest silniejsza, powinienem przejść na dyrygowanie lewą ręką. Po tygodniu
ćwiczenia pałeczkę przeniosłem do lewej ręki. A jeśli chodzi o „oburęczne”
rejestracje na video, po prostu za mało było tych nagrań, które mogłem przysłać
na Konkurs.
- Co Pan uważa, abstrahując od tego konkursu, za swój największy sukces?
- Dyrygencki, czy
kompozytorski?
- Dyrygencki.
- Myślę, że mój koncert
dyplomowy w praskim Rudolfinum, z orkiestrą filharmonii im. Janačka
z Ostrawy.
- A kompozytorski?
- Też związany z ukończeniem
studiów - moja pracą dyplomowa, opera kameralna „Dziewczyna i śmierć” zdobyła
sukces na festiwalu „Opera 2003” w Pradze. Sam zresztą tym utworem dyrygowałem.
Zamierzamy w Pradze założyć, jako nową instytucję, operę kameralną. Chcemy już
w przyszłym sezonie wystartować z pierwszymi przedstawieniami - operami
kameralnymi Martinu.
Na konferencji i w kuluarach wysłuchał mb
Jurorzy z Szymanowskiego
Ex aequo
zamiast
pocieszenia
Jurorzy z Szymanowskiego,
o których pisaliśmy w 3 numerze „Dziennika
Dyrygenckiego”, przyznali swą nagrodę (chodzi
o nagrodę uczniów Liceum Muzycznego im. Karola
Szymanowskiego w Katowicach)
ex aequo Aleksandarowi
Markowiciowi i Modestasowi
Pitrenasowi.
Podobno mieli nadzieję, że prawdziwi jurorzy
zdecydują się tylko na jednego triumfatora. I wtedy oni „pocieszą” swą nagrodą
tego drugiego. Skoro tak się nie stało
a głosy młodych jurorów były podzielone, podobnie
jak starszych autorytetów, zwyciężył kompromis noszący w tym przypadku łacińską
nazwę „ex aequo”.
Uśmiechnij się
● Herbert von
Karajan miał własny samolot. Musiał go mieć, skoro jednocześnie - w latach 60.
- był: kierownikiem artystycznym Opery Wiedeńskiej, dyrygentem abonamentowych
koncertów Wiener Philharmoniker, reżyserem i uprzywilejowanym gościnnym
dyrygentem mediolańskiej La Scali, artystycznym dyrektorem i naczelnym
(dożywotnio) dyrygentem filharmoników berlińskich, dyrektorem (dożywotnio) Towarzystwa
Przyjaciół Muzyki
we Wiedniu, artystycznym dyrektorem i pierwszym dyrygentem
festiwalu w Salzburgu, stałym gościnnym dyrygentem festiwali w Bayreuth, Edynburgu
i Lucernie.
● Zasłyszane pod katowickim jubilerem:
- Co to, basetle sprzedają u złotnika?
- Ślepa jesteś?
Przecież zaczyna się w Katowicach konkurs dyrygentów.
- Jaki?
-
Ten, co to, jak był poprzednio i w telewizji pokazywali, no... Zilm mu było,
toś chciała za nim pojechać do Niemiec.
● Okazało się, że reprezentant Stanów Zjednoczonych Richard Owen, Jr. który brał udział w przesłuchaniach I i II etapu tegorocznego Konkursu całkiem dobrze mówi po polsku. Jego żoną jest bowiem dawna wiolonczelistka
z białostockiej Filharmonii, którą szef filharmoników śląskich Mirosław Jacek Błaszczyk pamięta
z czasów, kiedy kierował białostocką filharmonią.
|
Dziennik Dyrygencki ukazuje się
dzięki wsparciu Polskapresse sp. z o.o. Oddział Prasa Śląska - wydawcy
„Dziennika Zachodniego”. Redagują: Marek Brzeźniak i Marek Skocza. Zdjęcia:
Arkadiusz Ławrywianiec. Za pomoc dziękujemy firmie COM-promis. |

