Nr 6   Katowice 14 grudnia 2003 rok  Filharmonia Śląska



Najlepszych jest dwóch




Po wysłuchaniu występów 31 uczestników kolejno w I, II i III etapach jurorzy: Tadeusz Strugała (przewodniczący), Juozas Domarkas (wiceprzewodniczący), Mirosław Jacek Błaszczyk, Jan Wincenty Hawel, Chikara Imamura, Jerzy Katlewicz, Pyoung Yong Lim, Dawid Lloyd-Jones, Marek Pijarowski, Jerzy Salwarowski, Otakar Trhlik

i Michael Zilm podjęli następujący werdykt:

Złote Medale i dwie równorzędne I nagrody
w wysokości 47.250 zł brutto, ufundowane przez ministra kultury oraz marszałka województwa śląskiego, otrzymali
ex aequo Aleksandar MARKOVIĆ (Serbia)

i Modestas PITRÉNAS (Litwa).
Drugiej nagrody nie przyznano.
Brązowy Medal i III nagrodę
w wysokości 26.250 zł brutto, ufundowaną przez prezydenta Katowic, otrzymał
Marko IVANOVIĆ (Czechy).
Zdobywcom nagród przysługuje tytuł laureata VII Międzynarodowego Konkursu Dyrygentów im. Grzegorza Fitelberga.

I wyróżnienie
w wysokości 21.000 zł brutto, ufundowane przez PKO Bank Polski, otrzymał
Chol-Ung RI (Korea Płn.)
II wyróżnienie
w wysokości 15.750 zł brutto, ufundowane przez Fundację Pracowniczą Pro-Eko, otrzymał
Wsiewołod POŁONSKI (Rosja)
III wyróżnienie
w wysokości 10.500 zł brutto, ufundowane przez Fundację Muzyczną Międzynarodowego Konkursu Dyrygentów im. G. Fitelberga, zdobył
Harutiun ARZUMANIAN (Armenia).
Nagrodę im. Witolda Rowickiego
- równowartość 2.500 $ otrzymuje Chol-Ung Ri za najlepsze wykonanie utworu polskiego - Livre pour orchestre W. Lutosławskiego.
Medal Stowarzyszenia Polskich Artystów Muzyków

i Nagrodę Stowarzyszenia Autorów ZAiKS
w wysokości 5.000, zdobył Tomasz Tokarczyk (Polska).

Nagrodę Stowarzyszenia Artystów Wykonawców STOART
w wysokości 4.000 zł zdobyła Anna Jaroszewska (Polska).

Nagrodę Polskiego Wydawnictwa Muzycznego
- komplet partytur dzieł współczesnych kompozytorów polskich za najlepszą interpretację utworu polskiego kompozytora otrzymuje Wsiewołod Połonski.
Nagrodę Orkiestry Filharmonii Śląskiej
zdobył Modestas Pitrenas.



 

Zaproszenia do laureatów skierowały filharmonie: Pomorska, Krakowska, Wrocławska, Sudecka, Świętokrzyska, Zielonogórska, Kaliska i Dolnośląska oraz opery Dolnośląska i Bałtycka.

Inni też sięgnęli po nagrody
W poniedziałek w Miejskim Domu Kultury "Koszutka" otwarta zostanie pokonkursowa wystawa pras dzieci w wieku od 5 do 14 lat "Muzyka w plastyce". Do konkursu nie stawała Opera Śląska, ale dobre zbiera recenzje swej ostatniej premiery - "Aidy" G. Verdiego. Była przed tygodniem, gdy my wkraczaliśmy w konkursową rywalizację. Kibicom dyrygentów polecamy więc poniedziałkową premierę katowicką - gościom wyjaśniamy: Opera Śląska swą "tymczasową" od powojnia siedzibę ma w Bytomiu, stad biorą się jej równorzędne dwie premiery, w siedzibie i katowicka

w Teatrze Śląskim - która rozpocznie się o godz. 18.

O laureatach towarzyszącego dyrygenckiemu, konkursowi na exlibris na łamach "Dziennika Dyrygenckiego" już informowaliśmy. Winniśmy więc jeszcze jedną informację: rozstrzygnięto konkurs na muzyczno-dyrygencką witrynę sklepową. Pierwsze miejsce przyznano wystawie Mody Clubu przy katowickim Rynku a drugie sklepowi firmowemu "Polsrebra" przy ul. Młyńskiej 5. Na trzecim miejscu znalazły się ex aequo: restauracja "Patio" z ul. Stawowej 3 oraz księgarnia "Jerzy" i sklep "Renoma" z ul. 3 Maja 10. Wyróżniono wystawy "Lamy" (Dyrekcyjna 3),

"B-mola" i "Luksora" (Młyńska 2).

Gratulujemy. I dziękujemy, bo miło przechodzić nie tylko koło samych Mikołajów.


 

 

 

Rozstajemy się bez burz


 

Etapowe decyzje jurorów różne zbierały komentarze. Zaskakujący dwiema pierwszymi nagrodami ostateczny werdykt przyjęto z całkowitym zrozumieniem. Przynajmniej na konferencji prasowej burzy nie było.
Podczas finałowej konferencji prasowej laureatów, jurorów i organizatorów VII Międzynarodowego Konkursu Dyrygentów im. Grzegorza Fitelberga największą uwagę mediów skupili oczywiście pierwsi. Zorganizowali się wybornie, by nie zawieść dziennikarzy i przeprowadzić próby przed niedzielnym koncertem laureatów. Usłyszeliśmy sporo ciekawostek

(patrz wypowiedzi laureatów).

Skupiono uwagę na ocenie poziomu tegorocznego konkursu. - Ocena nie jest prosta - mówił przewodniczący jury, prof. Tadeusz Strugała - w mojej opinii każdy konkurs jest inny, każdy jest jednorazowym zjawiskiem, który niepodobna porównywać. Ponadto, koncentrujemy się na kilku osobach, które konkurs wygrały, a trzeba pamiętać, że zgłosiło się ponad sto kandydatów z więcej, niż 30 krajów. Zgodnie

 z regulaminem wybrać trzeba było jedynie 40. To już swego rodzaju śmietana. Katowicki konkurs swoją atrakcyjnością wabi najlepszych, przybywający tu reprezentują poziom młodego pokolenia dyrygentów całego świata. Możemy powiedzieć więc, że nasz konkurs odzwierciedla stan aktualny tej dyscypliny zawodowej

 na świecie. Przekonany zaś jestem, że zwycięzcy mogą

 z powodzeniem reprezentować nasz konkurs wobec nawet najlepszych orkiestr na świecie.
Konkurs katowicki ma jeszcze jedną zaletę: wśród tych, którzy nie doszli do finału pojawiła się masa jeszcze nie pretendujących do czołowych miejsc ale z wielką szansą na to w przyszłości. Dostrzegłem takich nawet wśród tych, którzy odpadli po pierwszym etapie.

 

 

 


Dwie pierwsze nagrody trafiły w ręce podobnych, czy całkowicie odmiennych indywidualności? - Podobni są

tylko wzrostem - zażartował jeden z jurorów - Aleksandar Marković i Modestas Pitrenas są zupełnie innymi dyrygentami, w ogóle do siebie niepodobnymi.

W konkursach szukamy osobowości i indywidualności. W tym zdobywcy równorzędnych dwóch pierwszych nagród nad pozostałymi uczestnikami przeważali.

Świetnie zauważyła to też młodzież z Państwowej Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II stopnia im. K. Szymanowskiego w Katowicach, która, jak na konferencji poinformowano, swoją nagrodę i tytuły młodych mistrzów batuty przyznała - jeszcze przed poznaniem werdyktu jury - Serbowi i Litwinowi.

 

 

 

Podczas konkursu prof. Tadeusz Strugała był w swojej szkole, potwierdził, iż zauważył, że wśród młodych obserwatorów konkursu wyraźnie zarysowały się dwie partie: Markovića i Pitrenasa, którzy zresztą zdołali się zaprzyjaźnić. Jerzy Salwarowski życzył trwałości tej przyjaźni, na miarę jego relacji z Markiem Pijarowskim, który 30 lat temu wygrał katowicki konkurs (jeszcze ogólnopolski) a J. Salwarowski zdobył na nim nagrodę drugą.
Artystyczny szef konkursu i Filharmonii Śląskiej, Mirosław Jacek Błaszczyk zebrał wiele komplementów, kierowanych do jego muzyków. Publicznie filharmonikom raz jeszcze i najserdeczniej za wielki konkursowy wysiłek i trud podziękował.
Ocenę katowickiego konkursu z czterech punktów widzenia - dyrektora konkursu, dyrektora jego Fundacji Muzycznej, członka komitetu organizacyjnego

i sekretarza jury - zarysował prof. Leon Markiewicz. Podkreślił ogromną rolę dyrektor FŚl. Grażyny Szymborskiej w wielkiej organizacyjnej machinie

a zwłaszcza w działaniach - w latach minionych na taką skalę nie podejmowanych - marketingowych, czyniących z konkursu wielkie wydarzenie w życiu nie tylko Katowic. Nie łamiąc obowiązującej sekretarza jury tajemnicy, przyznał, iż każdy z jurorów oceniał kandydatów według własnego odczucia i własnej osobowości.
Dyrektor Grażyna Szymborska i profesor Leon Markiewicz wykorzystali konferencję by publicznie podziękować swym współpracownikom, którzy nie szczędzili trudu, by konkurs przebiegł jak najsprawniej

a uczestnicy, goście i słuchacze dobrze czuli się w Filharmonii Śląskiej i całych Katowicach. Miło nam tym bardziej, że redakcji „Dziennika Dyrygenckiego” dobre słowo też się dostało.

REDAKCJA


 

 

 

 

 

Aleksandar Marković - Serbia

I nagroda

Zainspirował mnie Marek Pijarowski

 


- Kiedy postanowił Pan wziąć udział w tym konkursie?

 

- To jeden z najważniejszych konkurów dyrygenckich na świecie. I chyba dlatego już jakiś czas temu zdecydowałem się zarezerwować w swoim kalendarzu tę część 2003 roku na udział w Konkursie im. Fitelberga. Po tygodniu spędzonym w Katowicach muszę pochwalić polską gościnność, organizację i bardzo dobrą orkiestrę. Chciałbym podziękować organizatorom za umożliwienie mi uczestnictwa w tej imprezie.

Mimo, że w Polsce jestem po raz pierwszy, to jednak wybór profesji dyrygenta, czego konsekwencją stał się przyjazd na ten konkurs, wiąże się w pewnym stopniu

z Polską. Jakieś 10 lat temu, kiedy jeszcze nie myślałem o tym zawodzie, byłem na festiwalu w Stanach Zjednoczonych, na którym pojawił się dyrygent, który bardzo ciekawie prowadził orkiestrę studencką. Uczestniczyłem we wszystkich jej próbach i chyba właśnie one zainspirowały mnie do podjęcia studiów dyrygentury. Tym dyrygentem był Marek Pijarowski.

 

- Czy drżało Panu serce podczas losowania?

 

- Należę do ludzi, którzy zawsze starają się być dobrze przygotowani do zadań, które podejmują. Nie przyjąłem więc negatywnie kolejnych losowań, nie byłbym też zaskoczony, gdybym wylosował inne utwory. Jestem również zadowolony z tej części III etapu, w której regulamin przewiduje wyłącznie utwory polskie. To, jakby wracając do domu, wywoziło się ze sobą „część kraju”, w którym się  uczestniczyło w konkursie. Dokładnie przestudiowałem partytury współczesnych polskich kompozytorów, aczkolwiek może nie w całości współczesnych, bo znalazł się tu również Karol Szymanowski.

 

- Ostatecznie wylosował Pan „Livre pour orchestre” Witolda Lutosławskiego. Czy już wcześniej dyrygował Pan tym utworem?

 

- Nie, na konkursie poprowadziłem go po raz pierwszy.

 

- Co Pan uważa za swój największy sukces, abstrahując od tego konkursu?

 

- Pracę z orkiestrą wiedeńskiego Musikverein.

 

- Czy ma Pan jakąś „swoją” orkiestrę?

 

- Nie mam. Na razie jestem gościnnym dyrygentem

a poza tym pracuję jako pianista i korepetytor.

 

- W takim razie chyba chętnie Pan przyjmie polskie oferty, jakie spłynęły do Pana, jako pokłosie nagrody?

 

- Chciałbym je móc zrealizować, przyjeżdżać tu częściej

i uczestniczyć w życiu kulturalnym Polski. Prestiż tego konkursu jest znaczny, w związku z tym zdobycie I nagrody będzie chyba miało w moim życiu jakieś konsekwencje.

 

- A gdyby Panu zaproponowano miejsce szefa którejś z polskich orkiestr?

 

- Też chętnie przyjmę.


 

 

Modestas Pitrenas, Litwa

I nagroda

 

Ogromnie lubię Szymanowskiego

 


 

- Co Pan wylosował w III etapie?

 

- Muzykę na smyczki, trąbki i perkusję Bacewiczówny. Ogromnie lubię muzykę Szymanowskiego, jednak nie udało się. Ale sama Grażyna Bacewicz jest mi bliska, ponieważ była siostrą litewskiego kompozytora Vytautasa Bacevičiusa. Kocham muzykę współczesną. Nawet, jeżeli dyryguję klasyką, chciałbym, żeby ta muzyka dźwięczała dla publiczności współcześnie.

Z Litewską Narodową Orkiestrą Symfoniczną grałem kiedyś koncert Lutosławskiego. Mam nadzieję, że w tym sezonie będę mógł dyrygować utworami kompozytorów polskich - Szymanowskiego, Kilara i innych...

 

- Po wygranej w Katowicach zapewne będzie miał Pan więcej okazji dyrygować nimi w naszym kraju...

 

- Mam nadzieję. Sądzę, że I nagroda w tym konkursie otworzy mi wrota do filharmonii w Polsce.

 

- Z trójki laureatów głównych nagród jest Pan jedynym, który już ma na swoim koncie sukcesy na innych konkursach. Czy katowicki konkurs jest dla Pana najważniejszy?

 

- Tamte konkursy były chóralne, a ten jest pierwszym konkursem z orkiestrą symfoniczną.

 

- Czy ma Pan na Litwie „swoją” orkiestrą?

 

- Gościnnie dyryguję Litewską Narodową Orkiestrą Symfoniczną w Wilnie, na czele której stoi mój profesor Juozas Domarkas. Prowadzę również Młodzieżową Orkiestrę Gimnazjum Muzycznego im. B. Dvarionasa w Wilnie i współpracuję z operą w Kłajpedzie. Współpracuję też z Młodzieżową Orkiestrą Północnej Westfalii w Niemczech.

 

- A jakimi operami Pan dyrygował?

 

- W Kłajpedzie prowadzę aktualnie „Carmen” Bizeta i  „Operę za trzy grosze” Weilla.

 

- Co Pan uważa za największy sukces w swoim życiu zawodowym?

 

- Udział w wielu konkursach muzyki i festiwalach muzyki chóralnej, m.in. w Debreczynie, Tallinie i w Rzymie.

 

- Co Pan chciałby jeszcze dodać od siebie?

 

- Pragnąłbym podziękować katowickiej orkiestrze, bo orkiestra bardzo nam pomagała i w miarę trwania konkursu podnosiła swój poziom. To są świetni muzycy, którzy pomagają każdemu, kto dyryguje.


 

 

Marko Ivanović, Czechy

III nagroda

W losowaniu jest element ryzyka

 


- Z którego etapu był Pan najbardziej zadowolony?

- Najlepiej czułem się w I etapie, w II trochę mniej, a w III najmniej. W pierwszym wylosowałem utwory, które orkiestra dobrze znała. Po tym doświadczeniu sądziłem, że w II również nie będę musiał dopracowywać detali, a tymczasem stało się na odwrót. Mimo, że starałem się przygotować ze wszystkich utworów, są jednak pewne „bliższe sercu”, a inne „dalsze”.

Nie uważam, abym na konkursie miał jakieś szczególne szczęście, bo ani razu nie udało mi się wylosować utworu, który bały dla mnie w danej grupie „najbliższy”. Najtrudniejsza rzecz przydarzyła mi się w III etapie, w grupie utworów polskich kompozytorów współczesnych - swoją drogą i tak nie wszystkie partytury dotarły do mnie na czas. Mimo, że utwory Góreckiego znam dosyć dobrze, jednak nie jego wczesną I Symfonię, którą wylosowałem. W losowaniu jest pewien element ryzyka, hazardu.

 

- Jednak doszedł Pan do finału, ba - do ścisłej czołówki...

- Może to zabrzmi zbyt skromnie, ale ja nie spodziewałem się, że w ogóle przejdę do II etapu - to był mój pierwszy konkurs. Nagrodą jestem bardzo zaskoczony. Konkurs potraktowałem, trochę jak warsztaty dyrygenckie - przypatrywałem się pracy moich kolegów z orkiestrą i wiele się podczas tych obserwacji nauczyłem. Młodzi dyrygenci takich szans podpatrywania mają niewiele.

 

- Juror David Loyd-Jones podczas konferencji prasowej zalecił Panu, nie bez ironii, ostrożność jako człowiekowi leworęcznemu i przywołał przykład, gdy pewien dyrygent wytrącił lewą ręką smyczek soliście. A inny juror dodał, że w nadesłanych przez Pana nagraniach video na jednych trzyma Pan batutę w prawej, a na innych w lewej ręce.

- Jestem leworęczny, ale podczas studiów cały czas dyrygowałem prawą ręką. Nie myślałem o tym. Dopiero na V roku studiów, kiedy mój pedagog, profesor Belohlavek postanowił przeorientować całą technikę, wspólnie zdecydowaliśmy, że skoro moja lewa ręka jest silniejsza, powinienem przejść na dyrygowanie lewą ręką. Po tygodniu ćwiczenia pałeczkę przeniosłem do lewej ręki. A jeśli chodzi o „oburęczne” rejestracje na video, po prostu za mało było tych nagrań, które mogłem przysłać na Konkurs.

 

- Co Pan uważa, abstrahując od tego konkursu, za swój największy sukces?

- Dyrygencki, czy kompozytorski?

 

- Dyrygencki.

- Myślę, że mój koncert dyplomowy w praskim Rudolfinum, z orkiestrą filharmonii im. Janačka z Ostrawy.

 

- A kompozytorski?

- Też związany z ukończeniem studiów - moja pracą dyplomowa, opera kameralna „Dziewczyna i śmierć” zdobyła sukces na festiwalu „Opera 2003” w Pradze. Sam zresztą tym utworem dyrygowałem. Zamierzamy w Pradze założyć, jako nową instytucję, operę kameralną. Chcemy już w przyszłym sezonie wystartować z pierwszymi przedstawieniami - operami kameralnymi Martinu.

 

Na konferencji i w kuluarach wysłuchał mb


 

 

 

Jurorzy z Szymanowskiego

 

Ex aequo zamiast

pocieszenia


 

Jurorzy z Szymanowskiego,

o których pisaliśmy w 3 numerze „Dziennika Dyrygenckiego”, przyznali swą nagrodę (chodzi

o nagrodę uczniów Liceum Muzycznego im. Karola Szymanowskiego w Katowicach)

ex aequo Aleksandarowi Markowiciowi i Modestasowi Pitrenasowi.

Podobno mieli nadzieję, że prawdziwi jurorzy zdecydują się tylko na jednego triumfatora. I wtedy oni „pocieszą” swą nagrodą tego drugiego. Skoro tak się nie stało

a głosy młodych jurorów były podzielone, podobnie jak starszych autorytetów, zwyciężył kompromis noszący w tym przypadku łacińską nazwę „ex aequo”.


 

Uśmiechnij się

● Herbert von Karajan miał własny samolot. Musiał go mieć, skoro jednocześnie - w latach 60. - był: kierownikiem artystycznym Opery Wiedeńskiej, dyrygentem abonamentowych koncertów Wiener Philharmoniker, reżyserem i uprzywilejowanym gościnnym dyrygentem mediolańskiej La Scali, artystycznym dyrektorem i naczelnym (dożywotnio) dyrygentem filharmoników berlińskich, dyrektorem (dożywotnio) Towarzystwa Przyjaciół Muzyki

we Wiedniu, artystycznym dyrektorem i pierwszym dyrygentem festiwalu w Salzburgu, stałym gościnnym dyrygentem festiwali w Bayreuth, Edynburgu i Lucernie.

        

● Zasłyszane pod katowickim jubilerem:

- Co to, basetle sprzedają u złotnika?
- Ślepa jesteś? Przecież zaczyna się w Katowicach konkurs dyrygentów.

- Jaki?

- Ten, co to, jak był poprzednio i w telewizji pokazywali, no... Zilm mu było, toś chciała za nim pojechać do Niemiec.

 

● Okazało się, że reprezentant Stanów Zjednoczonych Richard Owen, Jr. który brał udział w przesłuchaniach I i II etapu tegorocznego Konkursu całkiem dobrze mówi po polsku. Jego żoną jest bowiem dawna wiolonczelistka

z białostockiej Filharmonii, którą szef filharmoników śląskich Mirosław Jacek Błaszczyk pamięta

z   czasów, kiedy kierował białostocką filharmonią.

 

 

POWRÓT


 

Dziennik Dyrygencki ukazuje się dzięki wsparciu Polskapresse sp. z o.o. Oddział Prasa Śląska - wydawcy „Dziennika Zachodniego”. Redagują: Marek Brzeźniak i Marek Skocza. Zdjęcia: Arkadiusz Ławrywianiec.

Za pomoc dziękujemy firmie COM-promis.